czwartek, 28 maja 2015

(Wataha Powietrza) Od Charlott

- Pasowałoby wrzucić na ząb jakąś łanię - Burknęłam sama do siebie, powlekając niezgrabnie nogą, za nogą i od czasu do czasu prostując skrzydła.
- Ty, łania, ktoś mi szepnął słówko, że Damp jest na tyle przygnębiony, abyś go teraz dobiła tym, czym masz mu powiedzieć - Usłyszałam głos tego Ducha za sobą.
Odwróciłam się jak oparzona. Nic nie zobaczyłam.
- Nie szukaj mnie, jesteś ślepa jak moja prababka. - Szydził.
- A ona żyje jeszcze? - Wciąż szukałam go wzrokiem.
- Nie, jest sześć stup pod ziemią, widzi tylko ciemność - Jego głos nagle przybrał przytłaczający ton.
- Chyba nie sądzisz, że mnie przestraszysz i zmusisz do zrobienia czegokolwiek? - Udawałam dumną i pewną siebie, lecz zżerało mnie coś od środka... zawsze wydawał mi się dwulicowy... do tego to duch... a może moja halucynacja...?
- Nie sądzę... - Po czym poczułam na ramieniu jego oddech a głos jego wręcz huczał nienawiścią. - dlatego nie stawiaj się.
Serce pierzchło mi w pięty. Przez pierwszą sekundę powstrzymywałam chęć ucieczki. Nagle poczułam, że znikł, przemknęło mi szybko, gdzie może teraz być, albo jaką planuje dla mnie śmierć, wszystkie scenariusze były przesadne i negatywne. Szelest za mną przelał już kielich goryczy(ulubione określenie me xd). Puściłam się pędem przed siebie z cichym piskiem, który po pewnym czasie przemienił się w wrzask. Zmęczenia zaczynało mnie dopadać, ale nie było mowy abym się zatrzymała, bo miałam przerażające wrażenie, że goni mnie wiatr i liście. W końcu potknęłam się o własną nogę, lecz lecąc na twarz, pod jakimś dziwnym impulsem przemieniłam się w wilka i nie rozpaczając oraz nie zastanawiając się wiele nad upadkiem pobiegłam dalej na czterech wilczych łapach. O locie raczej nie było mowy... wszędzie drzewa... i coś wręcz przygwoździło mnie do ziemi - strach na pewno mnie nie uskrzydla. W pewnym momencie miałam wrażenie, że coś mnie pcha w konkretną stronę. Nogi same mnie niosły, a zmęczenie zamazywało mi obraz. Zamknęłam oczy i biegłam na oślep od czasu do czasu ocierając się boleśnie o drzewo, lecz dziwna siła pchała mnie nieodparcie do przodu.
W końcu drugi raz upadła, ale tym razem coś mnie podcięło. Leżałam w bezruchu minutę, wykorzystałam swą moc i się szybko dotleniłam. Otwarłam oczy. Ujrzałam przed sobą Dampa i moją siostrę... oto mój grobowiec. Znów ogarnęło mnie dziwne uczucie i nogi, z początku niezgrabnie, lecz potem już dużo łagodniej wprawiły mnie w ruch. Nawet moje nogi odmawiają mi posłuszeństwa, dno. Zatrzymały się dopiero za moim basiorem z wody.
- Słodko... a teraz mów. - Usłyszałam ten sam podły głos co jakiś kwadrans temu, tyle, że tym razem w mojej głowie.
Usłyszałam fragment rozmowy mojego rodzeństwa, coś że nie jest gejem... więc szybko coś palnęłam:
- Dobrze wiedzieć. Doki powiedział mi.. no wiesz.. że masz dołek.
 - Jestem przygnębiony. - Spojrzał na mnie, a w jego oczach rozbłysła furia. - Droga, adoptowana siostrzyczko, której znam tylko imię. - Wszyscy są dziś dla mnie podli... będę musiała się wyżalić Elizabeth.
- Twoi rodzice nie żyją. - Ząb za ząb... zero ogrudek.
Spojrzał na mnie jak na wariatkę.
- Nie smucisz się? Nie zakręcasz w spiralę samozniszczenia? - Jego reakcja była niestandardowa.
- Nigdy mnie nie doceniali, szanowałem ich, lecz nie kochałem. Nigdy nie byli dumni z żadnego mego rodzeństwa, ja nie byłem wyjątkiem. - Osądzał ich.
Żałosne. Czemu nie spojrzy wpierw na siebie?
- Może nie mieli ku dumy powodu?
Nic nie odpowiedział. Spojrzał tylko na El, która rozmawiała z.. z... duchem.. słodko.
- SŁODKI, MIŁOSIERNY! - W końcu mu odbiło.
- Od kiedy ty niby wierzysz w... - Mówił Duch, lecz Damp mu przerwał.
- Bright był adoptowany?
- Kto..?
- Bright, z watahy z której pochodzę. Pamiętasz jak ci o nim opowiadałem?
- Coś mi świta... Tak... ale on nigdy się o tym nie dowiedział. Nie dowiedział się o tym, wilczyca, która uważała się za jego matkę, znalazła go jako szczenie, ktoś go porzucił... w końcu umarł, bardzo młodo... przyjaźniliście się.
Podszedł do niego i położył mu rękę na ramieniu.. dziwaczne. Po za tym gadają od rzeczy.
- Drogi, Doki Deshi Delbinie Du... nie skończę jak ty, nie przepełnia mnie gorycz, nie rzucaj słów na wiatr i nie bądź taki pewny swego. Ona już wie? - Wskazałem głową na mnie.
- O czym? - Też byłam tego ciekawa.
- Jesteś już na przegranej pozycji...
Niestety... dalszej części ich bełkotu już nie usłyszałam, bo szeptali między sobą, jakby coś knuli.
- Odbija im już, czy mi? - Spytała Elizabeth podchodząc do mnie i patrząc na ich mimikę twarzy.
- To pierwsze, ale tego drugiego nie wykluczam. - Wpatrywałam się bacznie... trzeba się było nauczyć czytać ruchu warg.
- Ale czy ten blondyn... to... to.. to... - Zacięła się jej płyta... niespotykane.
Nie chciałam jej przerywać bełkotu. Czasem miło jest posłuchać jak ktoś się męczy, aby ogarnąć coś bez krzty wiedzy na ten temat. To tak jakby z powietrza miała stworzyć posąg przedstawiający jej niedole(dla mnie pestka, taki talent..).
Nagle płeć męska skończyła debatę i Damp podszedł do nas, po czym zwrócił się do mnie:
- Chciałbym naprawić, to, co zepsułem słowami, siostrzyczko. - Na jego pysku odbiło się zmęczenie.
Od tej strony go nie znałam... w sumie go wcale nie znałam.
- Miło mi cię znów poznać... braciszku? - Nic innego mi w tej chwili nie przyszło na myśl.
- Mnie już nikt nie kocha. - Wtrąciła się moja siostra, a jej sentencja była prawdziwa.
- Bawi cię to?
- Trochę. - Uśmiechnęła się plastikowo, a on odszedł.
Oddychaj Charlott... oddychaj... czy ona go...? Nie... sama twierdziła że jest... no ale... to brzmiało dwuznacznie.
- Czy ty go...? - Wolałam aby sama dokończyła to pytanie.
- Zdaje ci się. - Zaprzeczyła natychmiast... szybka reakcja, szybkie wyparcie.
- Ale jestem blisko? - Starałam się przeszyć jej pysk na wylot.
- Tak... ciągle jesteś blisko. - Uśmiechnęła się tak, że ukazała rząd białych zębów.
- Nie pokazuj mi zębów, bo mam wrażenie, że chcesz się na mnie z nimi rzucić. - Skrzywiłam się.
- Dobra, ale kim jest ten gościu?
- Taki jeden... stary znajomy Dampa. - Nie minęłam się z prawdę... pominęłam tylko fakt, że jest Duchem.. jej psychika by tego raczej dobrze nie przyjęła z moich ust.
- Są jacyś... posępni?
Spojrzałam na nich. Rzeczywiście... byli przygnębieni.
Olśniło mnie. Czemu jak tu przyszłam, mój brat był w złym nastroju?
- Dlaczego on jest smutny?
- Doki... nie wiem.
- Nie on, ON. - Podkreśliłam nieco poirytowana.
- A.. ON... tajemnica lekarska.
Nie zdążyłam się spytać, od kiedy jest lekarzem, bo nagle Duch znikł, a Damp powiedział do siebie głośno i przekonująco, jakby był przyzwyczajony do monologów:
- Nie łudź się, Damp, wyczułbyś jego aurę.
- Teraz gada sam do siebie... Pomożemy mu? - Zasugerowała, a on miał minę jakby urwał się z choinki.
Już chciałam odpowiedzieć ale on...
- To się nazywa, moja droga, uwaga, cytuję: "zakręcanie w spiralę samozniszczenia". -
Idiota. Trochę kultury "drogie dziecko"... Mimo wszystko ujął to dość poprawnie.
- Zgadzam się z przedmówcą.
Teraz i on znikł, a jaśniejące niebo na wschodzie sprawiło, że miałam wrażenie, że to wszystko to tylko sen... osobliwy... chaotyczny... nieogarnięty i niedopracowany sen.
- Czemu wszyscy znikają? - Jej głos był przepełniony goryczą i wyrzutami sumienia.
- Faceci w ten sposób unikają problemów. - Wytłumaczyłam.
- A najgorsze jest to... - Urwała spoglądając na mnie znacząco.
- ... że uchodzi im to na sucho. - Dokończyłyśmy razem... stary, dobry, zawsze spełniający swą rolę tekst.
Stałyśmy przez chwilę w ciszy wpatrzone w poranne niebo.
- Nagle wszyscy umieją się teleportować. - Wypaliła nagle.
- Nagle jesteś lekarzem? - Podniosłam brew pytająco.
- Praktyka czyni mistrza, siostro. - Pokazała mi język... w wilczej postaci... niech się nim udławi.
Spojrzałam w miejsce, w którym znikł Duch... dość osobliwe było to zniknięcie. Wytężyłam wzrok... coś tam leżało. Wywołałam mały podmuch wiatru, który bez problemu przyniósł to coś, co okazało się być kartką... interesujące.
Zamieniłam się w człowieka, i gdy nachyliłam się nad nią, aby ją przeczytać, nagle El chwyciła mnie za ramię i miałam odruch wymiotny... teleportacja. Gdy już ustało... miałam ochotę się wydrzeć, ale szybko mi przeszło, gdy zobaczyłam gdzie byłyśmy - w jaskini Wody, a Damp stał nad kimś, ten ktoś siedział w wejściu.
- Czemu to zrobiłaś? - Syknęłam cicho do mej siostry... geniusz zła normalnie.
- Nie wiem... ja.. to było dziwne. - Szepnęła.
- Mi to mówisz?
- Kartka... jest dla niego. - Miała jakiś... nieprzytomny wzrok.
- Dobra. - Burknęłam.
Podeszłam szybko do tych.. facetów.
- To chyba do ciebie. - Wyciągnęłam rękę w stronę Dampa, starając się nie zwracać uwagi na tego drugiego.
- Przeczytaj. - Rozkazał ten "drugi", wstał i odszedł do któregoś pokoju, nie zwracając uwagi na moją siostrę, miałam wrażenie, że był osłabiony.
Ten do którego mówiłam był zwrócony do mnie tyłem, patrzył na zewnątrz i mnie olewał. W sumie co mi szkodzi.
- "Każdy list prawdopodobnie powinien brzmieć jakoś sensownie. Mój taki zapewne nie będzie, ale może ze względu na fakt, że ich zbyt wiele nie pisywałam. Niemałe wyzwanie to dla mnie, w ogóle podzielić się swoimi myślami, szczerze...eh...tylko dwie osoby dostały list, w tym Ty. Nie wiem, czy drugi osobnik już swój znalazł, no ale... Damp. Jakkolwiek by to nie wyglądało - nie uciekam. Rain - to mój brat, do tego bliźniak (tak wiem, jakoś nie jesteśmy aż tak podobni) i musiałam odejść. Jest wiele spraw, które muszę ogarnąć, ale - nie myśl sobie, że tak łatwo pozbędziesz się mojej osoby. Nie znasz dnia ani godziny! I dziękuję. 
PS. Rain powiedział mi o pewnej prośbie, której nie spełniłeś - więc wybacz, ale będziesz musiał to nadrobić.
Podpisano:
 jak zwykle rozgarnięta (albo nie) 
~ Arve vel chochlik"
Podniosłam wzrok na osobę, dla której czytałam ten list. Patrzył na mnie z cieniem uśmiechu.
- Dzięki Charlott. - To jedyne co zdołał z siebie wydusić.
Nie widziałam szczegółów z jego mimiki, bo słońce świeciło mi w oczy. Jego spojrzenie zaczęło na mnie ciążyć, szybko wcisnęłam mu zmięty papier w rękę i nerwowo odeszłam w stronę zamyślanej Elizabeth. W sumie, niewiele z tego całego zamętu rozumiałam.
- Co ci? - Burknęłam. - Jesteś jakaś... nieobecna.
- Ta Arve... ten list... psychologia to nie dla mnie. - Westchnęła i teleportowała nas z powrotem na polanę, która była już pełna słońca.
Ta całą sytuacja zdaje się być poza moim zasięgiem... ale El chyba miała kontakt telepatyczny z kimś, kto był wspomniany w liście... CHYBA. To za dużo na moją głowę... na pewno za dużo.

...

wtorek, 26 maja 2015

(Wataha Wody) Od Dampa

Po tym jak wróciłem, spytać się Raina kim jest dla Arve wróciłem na tereny Watahy Wody.
Byłem w dość pozytywnym nastroju, jednak... gdy wszedłem do jaskini, po pewnym czasie wparował Ayato. Był co najmniej nie w sosie... dyszał, jakby biegł lub bił się z kimś albo wykonywał jakąś inną czynność(wyżywanie się na nieożywionych przedmiotach), a swój powrót oznajmił krzykiem rozpaczy. Zaraz potem rozległo się pukanie do drzwi mojego pokoju, jeśli boksowanie drzwi pięścią można nazwać pukaniem... Wstałem bezszelestnie. Podszedłem ostrożnie do drzwi, rozważając jeszcze opcję ucieczki. W końcu jednak otwarłem nieco niepewnie drzwi. Moim oczom ukazała się moja Alfa. Jego oczy błyskały gorączką.
- Arve odeszła.
- Bredzisz, pożegnałaby się chociaż. - Prychnąłem.
- Wiem, a jednak odeszła. Odeszła z tym bydlakiem... Rainrethem. - Syknął jadowicie spuściwszy wzrok na podłogę.
Coś mnie zmroziło od środka.
- Czekaj... ty chyba nie chcesz mi powiedzieć, że ona...
- ARVE ODESZŁA! Z WATAHY, Z TEJ KRAINY. - Jego głos był przepełniony rozpaczą i gniewem.. żalem.
Coś się we mnie złamało... przeszył mnie jakiś... dziwny wewnętrzny ból, pod którego naporem cofnąłem się.
- Sądziłem, że powinieneś o tym wiedzieć. - Warknął spojrzawszy na mnie, po czym odszedł w stronę swojego pokoju.
Nagle wszystko straciło sens... zasadę działania... teraz, nawet zamknięcie drzwi obudziło we mnie pytanie, czemu to te stare, bezużyteczne drzwi nie uciekły zamiast niej...?
Dlaczego... bez słowa pożegnania, bez argumentu... odeszła.

Pewien czas później zauważyłem, że Ayato stacza się*...
Nie miałem sił mu pomóc, więc wyszedłem z jaskini i w postaci wilka powędrowałem przed siebie. Znużony, chodziłem praktycznie w kółko, a raczej tak zwaną "ósemką" przemierzałem bez celu całe terytorium. Nim się obejrzałem, cienie się wydłużyły, a słońce ustąpiło miejsca na nieboskłonie srebrnej tarczy księżyca. Położyłem się w miejscu, w którym zastała mnie noc, czyli na środku polany.
Nie leżałem w spokoju za długo, albowiem ktoś z hukiem się przede mną zmaterializował lub teleportował. Nieco spłoszony takim obrotem spraw poderwałem głowę do góry. Stała przede mną siostra Charlott - Elizabeth.
- Wybacz, chyba cię zaskoczyłam. - Odezwała się szybko.
- Dzisiaj już nic mnie nie zaskoczy. - Westchnąłem ciężko.
Wadera świdrowała mnie swymi złotymi oczyma. Po chwili usiadła sobie beztrosko i spytała:
- A można wiedzieć co się stało?
Nie miałem zamiaru już męczyć bardziej swoją głową pytaniami, więc nie zastanawiając się wiele odpowiedziałem:
- Kogoś ubyło z mojego otoczenia. Więcej nie musisz wiedzieć...
- Aaaa... niech zgadnę, kobieta? - Jej ton wyrażał wszystkie jej myśli.
- Nie w tym sensie o którym ty myślisz.
- Em, czytasz mi w myślach nawet nie czytając w nich. To magia. Ale tak serio, to kto? Matka? Siostra? - Dopytywała.
- Nie. - Skreśliłem jej opcje.
- Masz rację, matki bywają nadopiekuńcze, a siostry potrafią zmieszać człowieka z błotem, a więc Babcia? Ciotka? Kuzynka? Nie? Babcia? Aaa, a więc kobieta nie z rodziny... przyjaciółka?
- Znajoma... - Wprowadziłem korektę.
- Od kiedy tacy przystojniacy mają ekhem "znajome"? Rozumiem że Trey, albo jakiś inny niedojrzały emocjonalnie gówniarz, ale ty? - Szok. Ledwo mnie zna i już stwierdza, że jestem "dojrzały emocjonalnie", nawet Doki Deshi Delbin Du ma do tego wiele zastrzeżeń, właściwie, to gdzie on jest?
- Za dużo myślisz. - Mruknąłem ledwo słyszalnie.
- Dobra wywal to z siebie, w filmach mówią że to pomaga, ale to jest chyba trochę przereklamowane... Powiesz czy nie?
- Em, odeszła bez słowa pożegnania, sądziłem... Em, eee... nie wiem jak to ubrać w słowa abyś sobie za dużo nie pomyślała. - Usiłowałem dać jej do zrozumienia, że koniec rozmowy właśnie nastąpił.
- Dobra... a jak miała na imię ta... ekhem, znajoma? - Jak to mawiają ludzie... "widzisz a nie grzmisz"... grzmotnij ją w łeb aby umilkła.
- Arwe. - Odpowiedziałem bez wahania.
- Nie znam. A czemu odeszła? - Dobra, przestaje twierdzić, że jestem wnikliwy i dużo pytań zadaję, ona bije mnie na łeb, na szyję.
- A co to przesłuchanie? - Wstałem, w zamiaru spławienia jej.
- Weź! Daj się wykazać! Nikt w życiu mi się nie zwierzał. SIADAJ i mów jak mam się zachowywać, aby było naturalnie i elokwentnie do sytuacji. - Potem dodała. - Proszę...
- Skończysz jak ja, popełnisz samobójstwo, mogę się założyć, zaraz przyjdzie Charlott i powie ci to, co miała powiedzieć od samego początku. - To był głos jegomościa "D.D.D.D.".
Był bardzo przejęty, przygnębiony.
- Dopiero jak usłyszysz wiadomość od niej... poznasz prawdziwą gorycz. - Dokończył.
Spojrzałem w prawo. Z jego zielonych oczu można było jedynie wyczytać smutek. Szybko wzrokiem wróciłem w stronę El, która nad czymś intensywnie myślała. Usiadłem. Nogi kazały uciekać, ciekawość wierciła dziurę i kazała zostać.
- Na czym skończyłaś swój wywód? - Mój głos.. ja.. BAŁEM SIĘ?! Co... ale... no... z jakiej niby racji?!
Przekrzywiła łeb wpatrując się w mój pysk, ciekawe jakie emocje na nim są wypisane, bo ja nie mam pojęcia.
- Czemu odeszła?
- Sam chciałbym wiedzieć... - Zwróciłem łeb ku górze, wpatrując się w gwiazdy i księżyc.
Po długiej chwili milczenia powiedziała:
- Możliwe, że to dziwnie zabrzmi, ale skończyły mi się pytania, które kulturalna osoba w takiej chwili by zadała.
- To zadaj te niekulturalne... - Wahanie.
- Preferujesz facetów? - Uśmiechnęła się krzywo. - Skoro ta osoba, która odeszła to była "znajoma".
- NIE! - Zerwałem się znów na równe nogi.- Nie jestem gejem. - Uspokoiłem się nieco.
- Dobrze wiedzieć. - To był jeden z nielicznych głosów, który ranił me uszy. - Doki powiedział mi.. no wiesz.. że masz dołek.
- Jestem przygnębiony. - Rzuciłem jej złowrogie spojrzenie. - Droga, adoptowana siostrzyczko, której znam tylko imię.
Nie mam pojęcia co we mnie wstąpiło.
- Twoi rodzice nie żyją. - Rzuciła twardo.
Podniosłem jedną brew pytająco.
- Nie smucisz się? Nie zakręcasz w spiralę samozniszczenia? - Jej mina była nietęga.
- Nigdy mnie nie doceniali, szanowałem ich, lecz nie kochałem. Nigdy nie byli dumni z żadnego mego rodzeństwa, ja nie byłem wyjątkiem. - Tłumaczyłem niewzruszony.
- Może nie mieli ku dumy powodu? - Syknęła.
Stój.. wróć. Ona ich chroni? Spojrzałem kontem oka na Dekla, integrował się z zdezorientowaną Elizabeth. A jednak grzmisz... właśnie w Ciebie uwierzyłem, Boże.
- SŁODKI, MIŁOSIERNY! - Wrzasnąłem, ogrom tego, co właśnie sobie uświadomiłem, przyćmił nawet smutek po odejściu Arve.
Wszystkie trzy pary oczu zwróciły się ku mnie.
- Od kiedy ty niby wierzysz w... - Mówił Delbin, lecz szybko mu przerwałem.
- Bright był adoptowany? - Spytałem, a dech w klatce z szoku zaparło.
- Kto..? - Zdziwił się moim pytaniem.
- Bright, z watahy z której pochodzę. Pamiętasz jak ci o nim opowiadałem?** - Zamieniłem się w człowieka.
- Coś mi świta... - Spojrzał na mój entuzjazm z dystansem. - Tak... ale on nigdy się o tym nie dowiedział. Nie dowiedział się o tym, wilczyca, która uważała się za jego matkę, znalazła go jako szczenie, ktoś go porzucił... w końcu umarł, bardzo młodo... przyjaźniliście się.
Podszedłem do niego z błyskiem w oku, położyłem rękę na jego ramieniu - był w szoku. Dziś wszyscy wprowadzają mnie w szok, ale ja ich najwyraźniej też.
- Drogi, Doki Deshi Delbinie Du... nie skończę jak ty, nie przepełnia mnie gorycz, nie rzucaj słów na wiatr i nie bądź taki pewny swego. Ona już wie? - Wskazałem głową skrzydlatą postać.
- O czym? - Zagryzł dolną wargę.
- Jesteś już na przegranej pozycji... - Nachyliłem się w jego stronę i szepnąłem. - Bright, a fakt, że opłakujesz moich rodziców bardziej, niż ja sam, mówi sam za siebie, że jesteś mym bratem. Gdybym nie był przygnębiony i zmęczony, wyśmiałbym ciebie, prosto w twarz.
W jego zielonych oczach rozbłysło rozbawienie.
- No ale wiesz... jak na mego brata, jest mało do mnie podobny.
- Nie bez powodu twa matka mnie porzuciła. - Uśmiechnął się smutno.
- Od kiedy wiesz, że umarli? - Szeptaliśmy nadal między sobą
- Od kiedy umarli.
- Dobrze ukrywałeś smutek. - Oznajmiłem z lekkim uznaniem. - Czemu nie przybierasz postaci wilczej?
- Bo byś mnie rozpoznał.
- Dlatego przekręcałeś własne imię. - Prychnąłem.
- Na prawdę?
- Kilka razy myliłeś kolejność i mówiłeś "Dashi", zamiast "Deshi".
- One nic nie wiedzą. - Spojrzał na Elizabeth i Charlott, które patrzyły na nas jak na wariatów. - I niech tak zostanie.
- Dobra. - Stwierdziłem.
- Dobra. - Powtórzył w ślad za mną.
Wyprostowaliśmy się i zamieniwszy się w wilka zwróciłem się do Szarlotki:
- Chciałbym naprawić, to, co zepsułem słowami, siostrzyczko. - Uśmiechnąłem się, lecz zmęczenie przejmowało pomału nade mną kontrolę.
- Miło mi cię znów poznać.... braciszku? - Chyba ją przestraszyłem...
- Mnie już nikt nie kocha. - Zaśmiała się strzeże Eli.
- Bawi cię to? - Skrzywił mi się uśmiech.. ale tylko nieco.
- Trochę. - Uśmiechnęła się sztucznie.
Odwróciłem się w stronę Dekla(dla mnie zawsze był i będzie Dekielkiem). Stał wpatrzony w nocne niebo. Zostawiłem dziewczyny, aby mogły trochę się ogarnąć, bo obydwie widziały chyba Dokiego, i Charlott musiała ogarnąć Elizabeth, podszedłem do niego i po raz kolejny zamieniłem się w postać człowieka.
- Muszę iść. - Westchnął głośno.
- Było zabawnie. - Zawtórowałem westchnienie.
- Było, do puki nie odkryłeś pięć minut temu, że jestem tym, kim jestem.
- Twoim bratem. Nie bój się tego słowa, ja też się go bałem jak przyszła Charlott i powiedziała, że moi rodzice, ją adoptowali, pojawiło się pytanie "czemu muszę cierpieć za ich błędy?".
- Ty pewnie sądzisz, że jesteś skutkiem przypadku, a ona twierdzi, że jest wynikiem sumienia, no wiesz... naprawa świata i takie tam...
- Cienka sprawa.
Zapadła niezręczna cisza.
- Serdeczne kondolencje... z powodu śmierci matki. - Znowu westchnienie, wyrzuciłem to z siebie, brawo ja.
- Brawo ty. - Zaśmiał się. - Co do kondolencji, dziękuję.
- Nie siedź w mojej głowie. - Mruknąłem.
- Ostatnie chwile cię podręczę i już mnie nie ma. - Wyciągnął rękę, abym przybył piątkę.
- Więc żegnaj... ktosiu
- Żegnaj ktosiu... jak Rain robi jeszcze w tej branży, to go pozdrowię i każę mu pozdrowić sam wiesz kogo.
- Ten ktoś zwie się Arve, a Rain już nie robi w tej branży. - Poprawiłem go i przybiłem piątkę.
Raczej się zamachnąłem, bo chwilę później, znikł. Wiedziałem, że to kiedyś nastąpi, ale miałem jeszcze tyle pytań, które naciągnęłyby jego kłamstwa, na przykład jego śmierć... cały czas kłamał na ten temat, co robił, gdy ja go nie widziałem, a może on nie odszedł? Może znów płata mi figla?
- Nie łudź się, Damp, wyczułbyś jego aurę.... - Musiałem to sobie uświadomić.
- Teraz gada sam do siebie... Pomożemy mu? - Odwróciłem się, Fioleto-włosa gadała ciągle z Brązowo-włosą.
- To się nazywa, moja droga, uwaga, cytuję: "zakręcanie w spiralę samozniszczenia". - Odpowiedziałem zamiast jej prawdziwej rozmówczyni.
- Zgadzam się z przedmówcą. - Przytaknęła Charlott.
Pomóc... nie mogę zostawić Ayato i unikać go, dopóki nie zaćpa się na śmierć. Stoję w kałuży... dobrze. Cały obraz nagle się rozmazał, a następnie wyostrzył się - teleportowałem się do jaskini. Słońce wschodzącego słońca sączyło się przez wejście do środka. Nie musiałem szukać Alfy daleko... siedział w wejściu. Spojrzałem do góry, jeśli on to widzi, jestem skończony.


(...)
  Z każdego kąta żałość człowieka ujmuje,
  A serce swej pociechy darmo upatruje.
~Jan Kochanowski, Tren VIII~

*wątek z Wikodinem. ;d
** jedyna wzmianka o nim pojawia się w pierwszym opowiadaniu. XD


Tak się kończy historia Dampa... planowałam inaczej, ale zabrakłoby czasu na oddzielny wątek dla Brighta... xdd
Tak więc... takie żale, tylko u mnie. ;_; Wyszło, jak wyszło, po raz pierwszy postawiłam na akcję, nie na przejrzystość, i jak widać - wyszedł chaos.
To co, jedna wielka rodzinka? Jeszcze Ayato trza przytulić do tej gromadki i na odwyk. :P
Zapewne nikogo nie chwyciłam za serce taką banalna historyjką... *bravo ja*
Porąbane opowiadanie. O.o
BTW...
Damp nagle przestał być Dampem...
Doki okazał się być tak jakby bratem Dampa....
To jest już koniec... nie ma już nic... jesteśmy wolni... możemy iść...

PS. Mam nadzieję, że nie muszę tłumaczyć czemu pisze, że Arve odeszła, że wszyscy uchwycili fakt, że napisała o odejściu na chacie blogowym. ;/

(Wataha Mroku) od Elizabeth

Trafiłam w wybuchowe towarzystwo, to jest pewne. Jeden chętnie by zobaczył, niejednego nago, a drugi szanował swoją przestrzeń osobistą. Szkoda że Kuro nie rozpruł tej jego mordki...
Blondyn wyszedł zostawiając nas samych. Fajnie, tylko że w takim razie to ja obecnie stałam się obiektem pożądań Treya. Odwrócił się w moją stronę i głupkowato uśmiechnął. Ja zrobiłam ku niemu pare kroków, tak aby stanąć blisko niego.
- Co się szczerzysz? - widać było że czerpie z tej sytuacji przyjemność. - Dawaj tego wiśniowego lizaka.
Jego twarz jeszcze bardziej się rozpromieniła i zapewne już sobie wyobrażał niewiadomo jakie sceny. Żałosne. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej czerwonego lizaka o którym była mowa.
- Dziękuję. - powiedziałam biorąc go do ręki. - Musisz jednak wiedzieć że na tym nasza znajomość się kończy gdyż ja preferuję osobniki, które zachowują się nieco dojrzalej, a nie jak zboczone 14-latki. - Po tych słowach także się uśmiechnęłam, klepnęłam go potulnie 2 razy w policzko i wyszłam z groty z lizakiem w ustach.
Smakując się lizakiem i korzystając z pogody ruszyłam na spacer. Słońce przedzierało się pomiędzy gałęzie rzucając smugi światła między drzewami. Koło południa w postaci wilka ułożyłam się wygodnie między konarami dębu i pogrążyłam się w śnie.
W nocy ruszyłam jak to zazwyczaj czyniłam, na łowy. W głowie mi szumiało, jak co noc, zawsze mnie to drażniło. Jednak obecnie skupiłam się na moim celu, jakim była młoda łania pasąca się leniwie nad wodą po drugiej stronie rzeki. Zaczaiłam się w zaroślach. Prawie pewne było że zanim zdążyłabym przepłynąć na drugi brzek zdobycz uciekłaby na tyle daleko abym nie mogła już jej doścignąć. Postanowiłam się teleportować. Skupiłam swój wzrok na miejscu za łanią, już się teleportowałam, gdy wtem ujrzałam pośród traw znajomy pysk. Wylądowałam w hukiem towarzyszącym teleportacji tuż przed pyskiem basiora, kóry okazał się Dampem. Spojrzałam za siebie, łania już była daleko. Podniosłam się.
- Wybacz, chyba cię zaskoczyłam. - powiedziałam.
- Dzisiaj już nic mnie nie zaskoczy.
Przyjrzałam się mu. Był smutny, coś go zasmuciło i to raczej nie byłam ja. Usiadłam obok. W pocieszaniu nie byłam najlepsza, ale głupio by było go tak zostawić.
- A można wiedzieć co się stało? - spojrzałam na niego czekając na opowieść o jego problemie.
- Kogoś ubyło z mojego otoczenia. Więcej nie musisz wiedzieć...
- Aaaa... niech zgadnę, kobieta?
- Nie w tym sensie o którym ty myślisz. - westchnął.
- Em, czytasz mi w myślach nawet nie czytając w nich. To magia. Ale tak serio, to kto? Matka? Siostra?
- Nie. - odrzekł krótko.
- Masz rację, matki bywają nadopiekuńcze, a siostry potrafią zmieszać człowieka z błotem, a więc Babcia? - milczał, więc próbowałam dalej. - Ciotka? Kuzynka? Nie? Babcia? - znowu cisza. - Aaa, a więc kobieta nie z rodziny... przyjaciółka?
- Znajoma...
- Od kiedy tacy przystojniacy mają ekhem "znajome"? Rozumiem że Trey, albo jakiś inny niedojrzały emocjonalnie gówniarz, ale ty? - byłam szczera, powinien to docenić...
Burknął coś niezromiałego pod nosem. A więc nie docenił... faceci. Nawet ci inteligentni wiedzą tyle o uczuciach do kobiet co kotlet mielony.
- Dobra wywal to z siebie, w filmach mówią że to pomaga, ale to jest chyba trochę przereklamowane... Powiesz czy nie?
- Em, odeszła bez słowa pożegnania, sądziłem... Em, eee... nie wiem jak to ubrać w słowa abyś sobie za dużo nie pomyślała. - oznajmił.
- Dobra... a jak miała na imię ta... ekhem, znajoma?
- Arwe - szepnął głośno (f.ck logic)
- Nie znam. A czemu odeszła?
- A co to przesłuchanie? - burknął i wstał ociężale.
- Weź! Daj się wykazać! Nikt w życiu mi się nie zwierzał. SIADAJ i mów jak mam sie zachowywać, aby było naturalnie i elokwentnie do sytuacji. - powiedziałam bez namysłu, a po chwili dodałam. - Proszę...
Trochę go chyba zamurowało albowiem z jego oczu dało się wyczytać szok i zdezorientowanie. Przez chwilę wydawało mi się że spojrzał w bok, jakby ktoś obok niego stał. Teraz to ja się zdziwiłam i zaczęłam zastanawiać czy to odejście jego "znajomej" nie wywołało u niego jakiejś choroby, koniecznej do skonsultowania z psychologiem.

_____________________________________________
Wróciłam. Wybaczcie że tak długo, miałam dużo ocen do poprawiania. xdd

niedziela, 24 maja 2015

(wataha ognia) od Maji

Kuro był...wkurzający. Nawet teraz gdy porażona strachem stałam przed Nocnym Łowcą, ale przyznam że teraz byłam mu wdzięczna za tę jego... arogancję. Prawie walnęłam go w nos, ale mi skurczybyk zwiał. Ale przynajmniej teraz nie stałam przerażona z NIM, byłam wściekła i chyba pierwszy raz nie walczyłam ze swoją wściekłością, a wręcz przeciwnie chciałam by mną zawładnęła, by przebiegła przez całe moje ciało i zmieniła mnie w takiego samego potwora jakim był mój...Nigel. Niemal usłyszałam od Follow słowa "Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem" i zmieniłam się w to coś. To coś nigdy nie było moim przyjacielem, zawsze było wewnętrznym wrogiem z którym walczyła. I mimo, że to była moja jedyna szansa chciałam się tego pozbyć, ale wtedy przypomniał mi się krzyk Shy. Ona krzyczała w myślach dzisiejszego poranka, żebym nie walczyła. Nie wiem czemu rano nie zwróciłam na to uwagi... cóż groźba śmierci miesza w głowie. Ale teraz to nie był właściwy czas by się nad tym zastanawiać, postanowiłam posłuchać Shy i poskromiłam swoje zapędy obronne, chociaż to nie było łatwe. I poczułam coś, jakąś więź między mną a tym czymś... chociaż nadal nie uważałam tego za swojego przyjaciela. Ale nadal nie wiedziałam jak poskromić Nocnego Łowcę, a on zbliżał się nieubłaganie i wtedy mój wzrok padł na martwe ciało Shy, w jednej chwili przypomniałam sobie wydarzenia sprzed wielu lat, rozgrywające się w wiosce daleko stąd, w mojej rodzinnej wiosce i martwe ciało mojej matki i wtedy stało się coś dziwnego. Najpierw dostrzegłam ból w oczach mojego wroga, wielki, nieposkromiony ból. Ból który po chwili zgiął go w pół i Nocny Łowca upadł na ziemię. Stałam oniemiała i patrzyłam na tą scenę swoim zdumionym wzrokiem, ukradkiem rzuciłam okiem na Kuro, ale on był tak samo zaskoczony jak ja. Minęło może kilka sekund, chociaż mi wydawało się że mija cała wieczność, kiedy gorący oddech Nocnego Łowcy zniknął.
Oszołomienie trwało chwilką...dłuższą chwilkę, a potem przypomniałam sobie o Shy
- Shy- wyszeptałam i podbiegłam do niej, a Kuro ruszył za mną. Shy nie oddychała i nie dawała żadnego znaku życia...Ona nie żyła
- Nie żyje- powiedziałam jeszcze ciszej, ale Kuro miał dobry słuch
- Dwie ofiary... To wcale nie najgorzej, chociaż to nie moja sprawka- powiedział niby do siebie, ale wiedziałam, że mnie prowokował. Machnęłam ręką chcąc mu powiedzieć coś całkowicie niemiłego, ale nagle wszystko to co znajdowało się kilka metrów ode mnie znalazło się nieco dalej... no dobra dodatkowe kilka metrów dalej. Szkoda tylko, że nie trafiłam tym czymś (cokolwiek to było) w Kuro, musiałam pocieszyć się wyobrażeniem sobie tej sceny.
Kuro patrzył na mnie swoim kpiącym wzrokiem, czym denerwował mnie bardziej niż swoim gadaniem i sarkastycznymi uwagami na temat wyrządzonych przeze mnie szkód.
- Akki będzie z pewnością zadowolony, że przybyło mu przewróconych drzew.
- Zwalę na ciebie - zdecydowałam - a teraz się zamknij bo dołączysz do nich
- Czy Ty mi grozisz?- zapytał ze stoickim spokojem i z taką miną jakby rozmawiał z dzieckiem, które nic nie może mu zrobić. Ale ja byłam wściekła na niego i miałam wielką ochotę trochę go po przypiekać. Ale moje moce znów nie zadziałały jak trzeba i zamiast rzucić w niego ogniem sprawiłam, że ogień wyrósł z ziemi. Byłam niezadowolona, że moje moce wariują i szczęśliwa, że oddzieliła mnie od Kuro zasłona z ognia. Wróciłam do Shy, ale co ja mogłam dla niej zrobić? Był jeden sposób, ale Kuro nie mógł się o nim dowiedzieć. Zrobiłam szybką kalkulację ile czasu zajmie Kuro przebicie się przez zasłonę z ognia, ale nadal nie byłam pewna czy zdążę rzucić czar. Dlaczego właśnie on?
- O czym ja w ogóle myślę, nie mam wyjścia- powiedziałam szeptem sama do siebie i pośpiesznie zdjęłam swój amulet i zawiesiłam go na szyi Shy. Nigdy wcześniej nie próbowałam wykorzystać połączonych mocy naszych amuletów, przecież nie bez przyczyny były one rozłączone, ale Shy to moja przyjaciółka i gotowa byłam złamać dla niej wszystkie reguły.
Blask pojawił się po zaledwie jednej sekundzie od połączenia amuletów, był całkowicie oślepiający. Shy była jakby w niebieskiej poświacie oślepiającego blasku. Wnikał on w jej ciało, przeszywał niemal na wylot. Nie wiem jak ona się czuła w tej chwili, ale chciałabym doświadczyć czegoś takiego. Z drugiej strony nie było mowy, by Kuro mógł nie zauważyć tego cudu. Mimo, że wszystko stało się w przeciągu kilku sekund i kiedy Kuro wreszcie wygrał ze ścianą ognia ja i Shy stałyśmy w znajomym szyku, a mój amulet wisiał już na mojej szyi to wiedziałam, że on zapyta i wiedziałam, że nie odpuści póki się nie dowie prawdy.

(Wataha Mroku) od Kuro

Spojrzałem na Akkiego wzdychając. Ponownie był zagłębiony w jakąś lekturę. Mogłem niemalże przysiąc, że od kiedy jesteśmy w Immortal Wolves nie robi nic poza czytaniem. Jest jeszcze nudniejszy niż zwykle, aż zaczęła mi przechodzić ochota na wytrącanie go z dobrego nastroju.
 - Co tam? - Było to chyba pytanie automatyczne, jak usłyszał, że nadchodzę, ponieważ nawet nie drgnął, a jego oczy wciąż śledziły kolejne linijki tekstu. Poczułem ochotę zabrania mu tej książki i zdzielenia go nią po głowie. Nie lubiłem być ignorowany. Nie narzekałbym już dzisiaj nawet na towarzystwo Treya - przynajmniej nie umierałbym z nudy.
 - Działo się dzisiaj coś ciekawego? - Mój głos brzmiał obojętnie.
 - Niezbyt - odparł. - Ten zboczony szaleniec jest zajęty swoimi sprawami, więc jest spokój, a ty też ostatnio tutaj nie przebywasz. Na to akurat nie narzekam - w końcu uniósł wzrok znad książki. Trochę tego żałowałem, ponieważ nie miałem powodu, aby naprawdę go zdzielić książką po głowie, a ta potrzeba nasilała się z każdą sekundą.
 - A Nigel? - Zainteresowałem się.
Jeszcze nie zdążyłem go poirytować. Może byłaby to dla mnie dobra odmiana.
 - Nie ma go - odpowiedział lakonicznie.
 - Nie ma? - Miałem nadzieję, że rozwinie nieco swoją wypowiedź.
 - Cały czas stara się z całej siły nie zwracać na siebie uwagi - wyjaśnił. - Ogólnie unika tego miejsca. Nie, żeby mnie to obchodziło. Nie będę za nim chodził i pilnował, aby czegoś nie przeskrobał tylko dlatego, że jest członkiem tego stada. Każdy odpowiada za siebie i swoje decyzje.
 - Stara się nie zwracać na siebie uwagi... - Mruknąłem. - Zdecydowanie podejrzane. I bardzo nieskuteczne. Mógłby brać z ciebie przykład - zauważyłem.
 - Co masz przez to na myśli? - Chociaż jego głos brzmiał beznamiętnie to wiedziałem, że zaczynał się nieco irytować. Tak po prostu działała na niego moja obecność.
 - Gdyby tak zachowywał się, jak nudna osoba, która zdaje się nie mieć nic do ukrycia nikt nie miałby powodu podejrzewać, że cokolwiek knuje - zauważyłem z niewinną minką.
Posłał mi zirytowane spojrzenie.
 - Ach, wybacz mi moją pomyłkę. Zapomniałem, że TY po prostu masz taki nudny charakter - mój uśmiech się rozszerzał w odpowiedzi na jego zwiększającą się irytację.
Hmmm... Zapomniałem o Nigelu - zorientowałem się. - W końcu mam nowe źródło rozrywki i nie powinienem o nim zapominać.
- Wiesz może w którym kierunku udał się Nigel? - Spytałem.
- Taak... Ale po co chcesz to wiedzieć? - Zainteresował się. - A zresztą... Jeśli dasz mi dzięki temu spokój to z chęcią udzielę ci tej informacji. Udał się w kierunku tego miejsca, gdzie nie tak dawno irytowałeś Mayę i sprowokowałeś ją do walki.
Wyszedłem z jaskini. Już dawno minął poranek, ale dzień i tak nie zapowiadał się na dzień stracony. Dzień w którym nie będę miał kogoś kosztem rozrywki jest dniem zmarnowanym.
Kiedy byłem już blisko i zacząłem wyczuwać obecność wilka zwolniłem kroki pilnując, abym nie dał się wykryć. Najpierw wolałem rozeznać się w sytuacji, a dopiero potem wkroczyć do akcji. Na szczęście byłem już mistrzem w ukrywaniu się (lata praktyki, ukrywania się i uciekania przez rządnymi mordu ofiarami moich pomysłów).
Wow. Kiedy go zobaczyłem wydawał się naprawdę rządny mordu. Naprawdę wybrałem idealny moment na zainteresowanie się nim, ponieważ w niczym nie przypominał dobrotliwego i litościwego Nigelka, którego nam zaprezentował. Cóż, nieco się tego spodziewałem, ale nie mogłem nigdy potwierdzić na 100%, że on nie udaje. Po prostu nie wierzyłem, aby istniała idealna osoba, która nie ma czegoś do ukrycia, a im bardziej ktoś sprawia wrażenie grzeczniejszego tym bardziej stara się coś ukryć za wszelką cenę.
Mimo wszystko jego "transformacja" była naprawdę zdumiewająca. Początkowe łagodne oczy wyglądały, jakby obudził się w nich jakiś dziki instynkt. Ruchy miał wolne, ale precesyjne i pewne. Wiedział co robi i z pewnością miał w tym jakiś cel i się nie spieszył z tym, ponieważ wiedział, że i tak go zrealizuje. Wykonywał proste zadanie z zimną krwią. Przywodził na myśl łowcę osaczającego swoją ofiarę.
 - Witam moje panie - skierował swój głos w stronę pozostałych dwóch postaci, które zdawały się mieć złe przeczucia. Zwłaszcza Mayę zdradzał lekko przyspieszony oddech i nerwowe odruchy, chociaż pewnie nie zdawała sobie z tego sprawy.
Hmmm... Zastanawiałem się co powinienem o tym pomyśleć. Czemu nie zaprosili mnie do tej ciekawej zabawy...? Nie miałbym nic przeciwko zabiciu kogoś. Dawno już tego nie zrobiłem i zaczynałem już tęsknić za tym uczuciem.
 - Nigel - wydusiła Maya w odpowiedzi.
Wiedziałem, że była strachliwa, ale nie sądziłem, że aż tak.
 - Tak, to ja i niedługo stanę się waszym najgorszym koszmarem - obdarzył ich chłodnym uśmiechem.
Taaak... Stary, nudny, przereklamowany tekst - pomyślałem zdegustowany. - Zepsuł mi nastrój, a już zaczynałem się wczuwać w to widowisko co rozgrywało się przede mną.
- Nie sądzę - Shy zaserwowała mu prostą odpowiedź.
Może i była prosta, ale z pewnością nie brzmiała tak lamersko, jak ten tekst.
- Przekonajmy się - zaproponował.
Krótka walka. Wyniku nietrudno było przewidzieć. Dwie przerażone dziewczynki kontra doświadczony łowca skupiony na swoim celu. To nie mogło się inaczej skończyć. Jedna (mam tu na myśli Shyine) już leżała martwa, a druga sparaliżowana strachem czekała, aby dołączyć do swojej poprzedniczki, podczas gdy zabójca zbliżał się do niej.
I tak wpatrzony w tą scenę na chwilę straciłem uwagę i zdradziłem się jakimś szelestem. Niestety albo i stety moja obecność nie pozostała niezauważona przez Nigela. Chociaż był skupiony na swoich ofiarach to z pewnością obserwował otoczenie.
- Spokojnie. Możesz kontynuować tam gdzie skończyłeś - obdarzyłem go spokojnym uśmiechem. - Nie zamierzałem przeszkadzać. Po prostu niecodziennie zdarza się jakieś morderstwo, więc uznałem, że mogę sobie popatrzeć - powiedziałem szczerze.
Chociaż nie... Tak będzie zbyt nudno.
- Albo nie - zmieniłem zdanie. - Tak nie będzie ciekawie - stwierdziłem. - Co powiesz na to, abym się dołączył do zabawy? - Nie czekałem na odpowiedź. - Hmm... Kogo stronę wybrać - nie zdziwiłbym się gdybym dla nich miał wzrok szaleńca w takiej sytuacji. Cóż, to jak ja ich widziałem było zupełnie inne od tego co sobie wyobrażałem. Nie będę przecież rozpaczał nad utratą jednej zabawki, kiedy mam wiele innych o wiele bardziej mnie fascynujących. - Chcesz pomoc? - Spojrzałem na niego.
Patrzył się, jakby chciał przeniknąć moje myśli. Powodzenia. Nawet, jeśli potrafisz czytać w myślach to i tak na nic, jak nawet ja nie potrafię siebie zrozumieć, a co dopiero ty.
Parsknąłem śmiechem w odpowiedzi na jego reakcję, a raczej jej brak. Chyba wytrąciłem go nieco z jego nastroju.
- Odpowiedź brzmi nie - rozłożyłem bezradnie ręce. - Jako, że mam w nawyku wybierać ciekawsze scenariusze muszę wybrać stronę ofiary. Trochę szkoda, ale możliwość zabicia kogoś takiego, jak ty też jest kusząca, więc myślę, iż jest to dobry wybór. No i ten lamerski tekst kompletnie mnie zniesmaczył, więc nie mogę ci pomóc. Nie chcę być po stronie kogoś kto mówi jeszcze "niedługo stanę się waszym najgorszym koszmarem". Trochę oryginalności - poprosiłem. - Nie lubię, jak moje zabawki mają takie monotonne reakcje - wyjaśniłem. Nie sądziłem, jednak aby oni coś z tego zrozumieli.
Nie zdziwiłbym się, gdybym w tej chwili naprawdę w ich oczach wyglądał na szaleńca, ale ich zdanie na mój temat mnie nie obchodziło. Inaczej bym tego nie powiedział.
 - Wstawaj - rozkazałem Mayi. - Naprawdę nie mam ochoty bronić takiej bezbronnej ofiary. Myślisz, że zawsze ktoś będzie w stanie cię obronić - posłałem w jej kierunku drwiące spojrzenie.
Jako, że Nigel jeszcze mnie obserwował zastanawiając się pewnie co zamierzam zrobić dalej podszedłem do niej  nachyliłem się nad nią (jednocześnie pilnując, aby jakiś niechciany sztylet nie wbił mi się w plecy) i posłałem jej jeden z moich bardziej irytujących uśmieszków.
Nachyliłem się w kierunku jej ucha i wyszeptałem kilka słów. Oprzytomniała momentalnie i jej pięść powędrowała w kierunku mojej szczęki (moje magiczne oddziaływanie na innych ludzi, po prostu to uwielbiam). Szybko odskoczyłem, ponieważ lubiłem swoją twarz i nie byłem masochistą. Była wściekła. Po jej strachu nie było najmniejszego śladu.
- The show must go on - stwierdziłem odwracając się w stronę Nigela. - Teraz, gdy ostatni aktor jest już gotowy możemy kontynuować tą grę.
... Chociaż wynik jest już oczywisty - powstrzymałem się przed powiedzeniem tego głośno. I tak mój spokój i opanowanie wyrażały to wystarczająco dobrze. Słowa były zbędne. Nie brałem udziału w walkach w których nie mogłem wygrać. Chociaż... Lubiłem czasem improwizować. Zaplanowane życie bez niespodzianek i zaskoczeń jest dla mnie za nudne.

sobota, 23 maja 2015

(wataha ognia) od Maji

Kiedy wstałam zauważyłam, że Shy coś ukrywa. Jej mina nie wróżyła nic dobrego, ale czy mina kogoś kto wkrótce ma zginąć może wróżyć coś dobrego?
- Wszystko w porządku, Shy? - zapytałam
- Taaaakkk- powiedziała niepewnie i wiedziałam, że ona coś ukrywa. Nie, wiedziałam że to co powiedziała to kłamstwo.
- Nigdy wcześniej mnie nie okłamałaś- zarzuciłam jej
- Wiem, przepraszam- wyszeptała. Nie wiem czemu przegapiłam jej myślowy krzyk, który właśnie rozbrzmiewał w mojej głowie, ale w tym najważniejszym momencie przypomniałam sobie o nim.
Reszta poranka minęła nam niemal w całkowitej ciszy. Chyba po raz pierwszy w życiu tak się bałam kogoś, czegoś... chyba nawet Shy była mniej przerażona. Ona chyba wierzyła, że może mnie obronić ale ja wiedziałam, że nie. Nigel nie był głupi, nie zaatakuje jeśli nie wie jak poskromić tarczę Shy. Nie wiem czemu nie zauważyłam tych niemych sugestii Shy, chyba strach zmniejszył moje możliwości umysłowe.
- Shy chyba muszę iść zapolować- powiedziałam
- Nie!- krzyknęłą- To zbyt niebezpieczne.
- Musimy coś jeść-zdecydowałam- Nie pójdę daleko.
- Idę z tobą- uparła się Shy
Znałam tą minę, kiedy pojawiała się ona na jej twarzy należało jej po prostu odpuścić, bo i tak nic nie było w stanie jej odwieść od danego pomysłu. Zresztą samotne polowanie to była ostatnia rzecz na jaką miałam ochotę. Tak więc obie skierowałyśmy się w stronę watahy mroku. Szłyśmy powoli, bo przecież nigdzie nam się nie spieszyło.
Kiedy dotarłyśmy do znajomej mi dziury, której zresztą byłam autorką, coś nas zatrzymało. Jakiś szmer w krzakach. Ciarki przeszły mi po plecach a Shy cała się nastroszyła.
- Witam moje panie- przywitał się Nigel, który teraz wyglądał niczym nocny łowca.
- Nigel- powiedziałam, nic więcej nie byłam w stanie z siebie wydusić.
- Tak to ja i niedługo stanę się waszym najgorszym koszmarem- odezwał się z pewnością w głosie
- Nie sądzę- zaprotestowała Shy
- Przekonajmy się- zaproponował Nocny Łowca i zaatakował. Tarcza Shy oczywiście nas obroniła, ale zauważyłam jak ON wchłania ją swoją mocą MROKU.
"Mamy problem, Shy" pomyślałam, a za niedługo stało się coś strasznego. Nigel trafił Shy, chyba kulą ognia. Nie wiem dokładnie co to było, ale odrzuciło ją na kilka metrów. I więcej się już nie poruszyła. Łzy podeszły mi do oczów, nie miałam pewności, ale wiedziała że ona nie żyje. Zabił ją. Niepohamowany gniew wypełnił całą moją duszę, ale strach przed zbliżającą się postacią Nocnego Łowcy gdzieś go stłamsił i nie mogłam go z siebie wydobyć. A więc tak miałam zginąć, miał mnie dźgnąć nożem, udusić lub jeszcze coś innego. Czułam jak cała drżę ze strachu i nic nie mogłam zrobić. Byłam sparaliżowana i nie mogłam myśleć logicznie... chociaż... w czasie tych kilku sekund przeanalizowałam sytuację "Nigel nie mógł mnie zabić magią, bo każdy jego atak bym wchłonęła, tak jak on mój. Musiałam z nim walczyć bronią bardziej... ludzką, ale przecież nie umiałam się bronić no i walczyć też nie bardzo umiałam. Nigdy nie musiałam tego robić." Myślałam i myślałam...a Nocny Łowca zbliżał się....